Spider-Man leży uwięziony pod stertą stali. Z sufitu podwodnej bazy leci woda, która zaraz zaleje pomieszczenie. Wykorzystując całą swoją siłę i myśląc o przyszłości ukochanej cioci, bohater podnosi filar i odrzuca go na bezpieczną odległość. Kierując się ku tunelowi z utykającą nogą, zabiera po drodze pojemnik z izotopem ISO-36. W tym momencie strop całkowicie pęka, a woda wypełnia całe pomieszczenie. Spider-Man bezpiecznie wypływa na powierzchnię, gdzie czekają na niego ludzie Doktora Octopusa. Mimo zmęczenia Spider-Man rozbija cały gang i szybko udaje się do laboratorium Doktora Connorsa.
Dodając izotop do przygotowanej formuły, Connors wynajduje specyfik, który może uleczyć ciocię May. Spider-Man testuje go na własnej próbce krwi, nie zdradza jednak, skąd ona pochodzi. Po pomyślnej próbie Spidey biegnie więc do szpitala i powołując się na Connorsa, prosi lekarzy, aby zaaplikowali serum pani Parker. Na wyniki trzeba jednak poczekać około 2 godzin.
Po zainscenizowaniu sesji zdjęciowej i wezwaniu policji Spider-Man dzwoni do Fredericka Foswella, chcąc odwdzięczyć się za pomoc w poszukiwaniu gangu Master Plannera, i informuje go o lokalizacji kryjówki zbirów Doktora Octopusa. Jameson ma więc świetny artykuł na pierwszą stronę gazety i do pełni szczęścia brakuje mu tylko dobrych zdjęć. Te dostarcza mu Peter, żadając jednak sporej zapłaty potrzebnej na pokrycie kosztów leczenia cioci May i wykupienie zastawionych rzeczy z lombardu. W międzyczasie relacje Parkera z Betty Brant ulegają dalszemu pogorszeniu, gdy widzi ona jego pokiereszowaną twarz i słyszy wypowiedziane przez niego słowa o tym, że wpisane jest to w jego ryzyko zawodowe. Kobieta odsuwa się emocjonalnie od niego, nie chcąc przeżywać kolejnej tragedii podobnej do tej, jaka spotkała jej brata.
Po sprzedaży zdjęć i otrzymaniu czeku Peter rusza do szpitala i otrzymuje zbawienną wiadomość – serum zadziałało, rozpad krwi został zatrzymany i ciocia May będzie żyła. Szczęśliwy młodzieniec wraca do domu, aby zgodnie z radą lekarza udać się na wysłużony wypoczynek.






