Bardzo fajnie rozegrany event Spider-Verse – po rozdzieleniu się drużyny, każdy ma swoją misję. Spider-Manowi z 2099, Lady Spider oraz Spider-Manowi z sześcioma rękami przypadło zbadanie ciała klona Deamosa, dzięki czemu będzie można odnaleźć słabe punkty Inheritors.
Jak już wspomniałem przy recenzji poprzedniego numeru (Spider-Man 2099 #5) zabawy z czasem mają swoje logiczne lub nielogiczne konsekwencje i w przypadku całego Spider-Verse zastanawianie się nad logicznymi motywami cofania się w czasie i pytanie się, dlaczego nie cofną się tak, by wszystkiemu zapobiec nie ma kompletnie sensu i może psuć zabawę z czytania. Pozostańmy zatem przy wyborach dokonanych przez scenarzystę tego numeru, czyli Petera Davida.
Zacznijmy od tego, że nie wiemy, gdzie trójka Pająków ukryła ciało Daemosa, od samego początku go po prostu nie widzimy. Spider-Man wraca do swojego świata, gdzie od jego zniknięcia minęło dwie godziny i bardzo szybko, po krótkim wstępie dochodzimy do walki z Inheritorem, która zajmuje resztę numeru, a podczas której ginie 6-ręki Spider-Man. Postać tego Petera Parkera była skazana na śmierć przez scenarzystę z uwagi na brak znaczących różnic między nim, a oryginałem. Słowem, zbędny heros, którego śmierć nic nie wniesie do fabuły, a podniesie powagę i dramaturgię sytuacji. Pędząca fabuła szybko umieszcza Daemosa w specjalnej celi, która ma go utrzymać na dłużej – czy na czas tej trzyczęściowej historii? To się okaże.
Za rysunki odpowiada Will Sliney, który po jednym numerze przerwy wrócił do serii. Ten artysta ma bardzo wyraziste rysunki, pełne detali i chwilami aż za mocne cienie. Dobrze też wyglądają tła komponujące się z twardymi konturami bohaterów. Niestety ten rysownik ma pewien ogromny minus, jego rysunki są bardzo statyczne. Stop klatki bez żadnych śladów ruchu, żadnych zabiegów znanych komiksowi. Można się pokusić o stwierdzenie, że czasem kadry odzwierciedlają dynamikę walki, aczkolwiek tutaj niestety mam wrażenie, że ułożenie i forma obramowania jest przypadkowa. Will Sliney zdecydowanie nie nadaje się na rysownika komiksu, gdzie 90% to akcja, a już w szczególności walka. Dzięki dobrej kolorystyce możemy podziwiać upływ czasu, ponieważ zaczynamy historię wczesnym wieczorem, a kończymy przy zachodzie słońca. Wygląda to całkiem przyzwoicie. Co prawda nie tak dobrze jak okładka, gdzie po raz kolejny mogę tylko pochwalić Francesco Mattina za świetną robotę.
6 numer serii rozpoczyna osobny rozdział w historii Spider-Verse. Historia poboczna, istotna, ale nie jest to komiks typu „musisz-mieć”, by cieszyć się obecnym wielkim wydarzeniem w życiach wszystkich Spider-Manów. I bardzo dobrze. Wydawca dzięki takiemu podejściu nie zmusza czytelnika do wydawania pieniędzy na wszystkie związane z eventem zeszyty wszystkich serii. Natomiast, kto chce mieć pełnię obrazu Spider-Verse, to powinien sięgnąć również i po ten zeszyt. Fanów Spider-Mana z 2099 roku nie muszę zachęcać. Wystawiam 3,5 pajączka.