Historia o naśladowcy Spider-Mana bardzo dotyka Gwen Stacy. Dziewczyna niedawno przeżyła śmierć swojego ojca, teraz z rozmowy telefonicznej cioci May dowiadujemy się, iż rzeczywiście Gwen nie ma dobrego kontaktu z matką. Ten wątek nie jest rozwinięty, dlatego też nie wiemy, co dokładnie stało się w rodzinie Stacy. Możemy się domyślać, że dla matki ważniejsza jest praca (albo kochanek) od rodziny.
Mamy również wreszcie spotkanie pomiędzy dwoma Spider-Manami. Peter przyjemnie lutuje swojego imitatora. Tak sobie myślę, że gdybym to ja miał walczyć z własnym naśladowcą, to rzuciłbym się na niego z pięściami, błogosławiąc go najzmyślniejszymi i fikuśnymi kombinacjami wulgaryzmów, jakie znam. No, bo co? Koleś obrabowuje banki, zabija człowieka, toteż lightowo nie można go traktować. Bendis jednak wybrał mniej brutalną wersję pojedynku. Heh, trudno się dziwić, bo po ten komiks sięgają też najmłodsi. Osobiście bym się nie obraził, gdyby Peter rzucił od czasu do czasu ocenzurowanym mięchem.
W każdym razie Pająk bez niespodzianek soczyście butuje przeciwnika. Tutaj zacząłem się jednak zastanawiać nad pewną rzeczą. Owy naśladowca zdążył już obrabować wiele miejsc i instytucji. Jak on to zrobił, skoro, jak sam stwierdził, jest tylko zwykłym gościem! Czyli wystarczy, że ktokolwiek założy kolorowy kostium i może bezproblemowo robić co chce, dopóki nie spotka jakiegoś superwojownika? Dziwne. W sumie koleś, który przebierał się za Spider-Mana, przypomina mi Cletusa Kasady’ego. Może nawet rozwiną jakoś ten wątek, mam na myśli postać Carnage’a. Cóż, pożyjemy i przeczytamy.
Jako że jestem prawdziwym komiksowym detektywem, znalazłem, jak to zwykle, bywa pewne błędy. Drobiazgi, którymi nie powinno się wręcz zawracać głowy, ale które dodają smaczków komiksowi. Zwróćcie uwagę na finałową rozmowę między Mary Jane a Peterem. MJ płacze, ok, rzecz normalna, ale spójrzcie na jej łzy. Rozmowa jest dynamiczna, więc nie ma zbyt wielkich przerw czasowych pomiędzy kadrami, ale jednak łzy rudej wędrują sobie z kadru do kadru. Raz lecą one z wewnętrznej części oka, by zaraz polecieć z zewnętrznej, by znowu za chwile przemieścić się na środek gałki ocznej. W ogóle jak te łzy spływają?
Karygodny błąd kolorysty. Strużki łez są prosto rysowane, jakby od linijki. Przecież woda po twarzy spływa nierównomiernie, zaliczając wszystkie zmarszczki, fałdy itp. MJ musiałaby nie mieć kości policzkowej, żeby jej tak łza ciekła. Zerowa znajomość anatomii. Co do samej rozmowy, to chyba nikt nie wierzy, że ta para prędzej czy później się nie zejdzie. Na razie mamy mały zwrot w akcji i jest całkiem fajnie.