Pierwszy numer kolejnej serii ze Spider-Manem w roli głównej. Tym razem Marvel dał szansę Toddowi McFarlane’owi, który bardzo dobrze spisał się przy the Amazing Spider-Manie (#298 – #328). Jak sobie poradził z własną serią?
Widać już od pierwszych stron, że ten numer służy głównie jako wstęp, który rewelacyjnie buduje napięcie i klimat. Świetnie przygotowuje nas do brutalnego pojedynku pomiędzy Lizardem a Spider-Manem, w tle za wszystkim stoi tajemnicza postać, której tożsamości jeszcze nie znamy.
Todd McFarlane to nie tylko scenarzysta, ale przede wszystkim rysownik. I od tej strony komiks prezentuje się na prawdę wybornie. Czarne strony, mroczny klimat, ciemna kolorystyka i do tego świetnie szczegółowo rysowane tła i te pajęcze sieci – tak poplątane i pełne szczegółów – balsam dla oczu. Jedyne za czym nie przepadam w tym wszystkim to twarze, aczkolwiek mają swój urok, bo są naturalne, pełne niedoskonałości.
Czas na słowo podsumowania. Świetny klimat i budowanie napięcia. Komiks zapowiada fajną, mroczną historię. Zdecydowanie polecam 5,5 pajączka.